Na sesji rady powiatu, 25 lutego, omawiano stan bezpieczeństwa publicznego na terenie naszego powiatu i miasta Kraśnik. Przyznam, że czekałem na sesję, w porządku obrad której będzie mowa o pracy policji. Chciałem poznać zdanie szefa tut. komendy powiatowej na temat częstego wypisywania mandatów osobom przechodzącym przez ulicę nie po pasach. Mogłem naturalnie skierować zapytanie w trybie Prawa prasowego. Nie śmiem jednak wprawiać w zakłopotanie panów z komendy, gdyż nie za bardzo lubią gazetę miejską i ją bojkotują. Ale to temat do rozważań na inną okazję.

Wróćmy do dyscyplinowania obywateli. Od paru lat słyszy się o mandatach wlepianych, mówiąc potocznie, za „chodzenie na skuśkę”. Senior czy młody, kto nie przechodzi po pasach ma „przechlapane”. Jedni sto, inni pięćdziesiąt złotych, bez gadania. Z punktu widzenia policjantów sprawa na pewno prosta do udowodnienia. Nie trzeba szarpać się i główkować. A i emeryt nie ubliży, jak dajmy na to menel pijący w parku piwo. Z emeryta też da się mandat ściągnąć, z tego drugiego niekoniecznie. Jednym słowem, bezstresowo i wyniki służby patrolowej są namacalne. Wystarczy pokrążyć w wygodnym samochodzie (zimą cieplutkim w środku) po mieście, a zawsze kogoś się wyczai.

W trakcie wspomnianej sesji temat mandatów za przejście w niedozwolonym miejscu wywołał radny PiS, Jerzy Misiak. Komendant policji rygorystyczne podejście do tego zagadnienia wyjaśniał tym, że taki jest prikaz z góry, co wiąże się ze statystykami wypadków drogowych, w których te z udziałem pieszych mają znaczący udział. Radny PiS pytał komendanta o inne statystyki, ile tego rodzaju mandatów jest rocznie „wlepianych” i czy w porównaniu z ubiegłym rokiem nastąpił wzrost. Na to pytanie komendant powiatowy nie udzielił odpowiedzi. A szkoda.

Ludzi w Kraśniku, szczególnie mieszkających w dzielnicy fabrycznej, wręcz wkurza ta forma aktywności policjantów. Natężenie ruchu jest tu w pewnych porach dnia i niektórych częściach dzielnicy znikome. U osób mieszkających w tej części miasta pokutują stare nawyki, kiedy furmanka na dawnej Lenina czy Bieruta pojawiała się co pół godziny, a co godzinę „prukająca” SYRENA, trochę częściej „Junak” lub WSK. Funkcjonuje to niczym kod w genach ludzi mieszkających tu od lat. Przez długi czas żyło się niczym na wsi. Ludzie nigdy nie zwracali uwagi na pojazdy i zagrożenie z ich strony, bo jak wspomniałem nie było ich. Choć natężenie ruchu jest dużo, dużo większe niż przed laty, to jednak nie na tyle, żeby chodzić po mieście jak koń w kieracie, szukać pasów i nigdy nie skracać sobie drogi. A czy to, że ktoś został potrącony jest na pewno winą przechodnia, czy może bardziej gapowatego lub nie dostosowującego prędkości kierowcy. Zresztą wypadki z udziałem pieszych, o których się słyszy, najczęściej zdarzają się właśnie na pasach.

Jestem kraśniczaninem z „fabrycznego” od urodzenia. Też nieraz przytrafia mi się, nie mając żadnego pojazdu w zasięgu wzroku, przejść na skróty. Nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia, choć wiem, że jako osoba publiczna powinienem być przykładem poprawności. Ktoś powie, że prezentuję pieniacką postawę i niedojrzałe myślenie. Prawo jest bowiem prawem i bez względu na okoliczności musi być przestrzegane. Policjant jest na służbie, wykonuje swoje zadania. I takie tam inne wywody.

No to przytoczę argumenty na swoją obronę. O wlepianiu mandatów za wspomniane „wielkie” przewinienie słyszy się od lat. Wiele podróżuję i obserwuję zachowania ludzi i policji w innych krajach. W roku 2014 odwiedziłem Paryż i Dublin. Były to kilkudniowe prywatne wyjazdy, obfitujące w całodzienne spacery po mieście. Czuję się więc na siłach wypowiedzieć odważną opinię w temacie. W obu stolicach czerwone światło na przejściu dla pieszych jest sygnałem dla nich, że muszą się zatrzymać. Ale jeśli nie nadjeżdża samochód to przechodnie nie widząc zagrożenia ruszają do przodu na czerwonym. Policjanci nie reagują. Takie są normy zachowania w znanych mi stolicach dwóch państw europejskich. Sądzę, że nie tylko w tych, które wymieniłem.

Dlaczego u nas jest inaczej? Dlaczego kopiemy rów dzielący obywateli i policjantów w tak prostej sprawie? Czy nadgorliwi funkcjonariusze wiedzą, że obdarzając mandatem osobę, dla której jest to może pierwsze i jedyne w życiu naruszenie porządku prawnego, stawiają ją na zawsze po drugiej stronie barykady? Czy pamiętają, że bardzo często, w celu wykrycia sprawcy poważnego przestępstwa, potrzebują pomocy obywateli? Czy karząc za przejście na skuśkę zdają sobie sprawę, że budują  między sobą i obywatelami mur?

Podkreślę, że rozważam zasadność nadgorliwości policji w spokojnej dzielnicy fabrycznej, gdzie częściej można pouczać, a nie zasilać budżet policji. (M. Sz.)

Na zdjęciu Paryż, centrum miasta i Plac Zgody. Czerwone światło nie stanowi jak widać problemu.

 

Reklamy