W latach siedemdziesiątych w Kraśniku Fabrycznym funkcjonowała grupa skupiająca kilkunastu młodych ludzi. Ekipa ta wypełniała kryteria, jakie stawia się grupom uznawanym za subkulturę. „Okoni” cechowały elementy charakterystyczne dla ruchu hippisowskiego, m.in. długie włosy oraz odmienny styl ubierania i bycia, ale nie można powiedzieć, że byli to hippisi. Kraśnicka subkultura była zjawiskiem niepowtarzalnym, a przy tym miała bardzo duży wpływ na lokalną młodzież.

2zdj28

Okonie na ławce przy ul. Kwiatkowskiego. Od lewej: Marcel, „Okoń”, „Fendrol”, „Bujny”, stoi „Somek”

Więcej na temat historii Kraśnika Fabrycznego

dowiecie się Państwo z mojej książki

dostępnej w księgarniach AVALON

Kraśnik:

ulica Tadeusza Kościuszki 2

Aleja Niepodległości 31

oraz w księgarni internetowej (TU)

okładka

OD BUNTOWNIKA DO REPREZENTANTA AUSTRALII
Jednym z liderów kraśnickiej subkultury lat 70. ubiegłego wieku był mieszkający obecnie w Australii Marcel Kućmierz. Oto wywiad, jakiego udzielił Życiu Kraśnika.
Mirosław Sznajder. W jaki sposób doszło do rozpadu waszej grupy?
Marcel Kućmierz. O wszystkim zadecydował powiew wolności i to, że po roku 1980 Polacy mogli otrzymać paszport na jednorazowy wyjazd do krajów zachodnich. Większość członków naszej grupy wyjechała z Polski w roku 1981. Tak się złożyło, że granicę Austrii przekroczyłem dwa tygodnie przed wprowadzeniem stanu wojennego. Kiedy się o tym dowiedziałem, był to dla mnie szok. Nie mogłem uwierzyć w coś takiego. Jest też pewne ale… Nie mogę powiedzieć kto, ale pewna osoba ostrzegła mnie, mówiąc: Marcel uciekaj. I tak, przez ZSRR, Rumunię i Węgry wylądowałem w Austrii. Przebywałem tam do roku 1983, by w lutym dotrzeć do Australii. Był tam już Wojtek Somczyński z Bożeną Sawicką oraz Rysiek Drop. Tam jednak nasze kontakty rozluźniły się. Zdarzały się sporadycznie i byłem zdany tylko na siebie. Oczywiście nie wyemigrowałem sam. Bowiem w roku 1982, w Austrii, wziąłem ślub z Jolą Oczkowską (siostrą Okonia i Bujnego – przyp. red.).

M.Sz. Czym zajmowałeś się przez lata pobytu w krainie kangurów?
M.K. Początki były bardzo trudne z powodu braku znajomości języka angielskiego, z tym wiązał się problem ze znalezieniem pracy. Uczęszczałem na kurs angielskiego i powoli coś zaczęło się dziać. Pierwszą pracę znalazłem w fabryce maszyn rolniczych, później w General Motors Holden. Ponieważ lubiłem chodzić do szkoły i stale pragnąłem osiągnąć coś więcej poszedłem na kurs nauki programowania tokarek i frezarek. Nauka szła mi dość gładko. Mimo, że pracowałem i urodziło nam się pierwsze dziecko (Jacqueline w roku 1984) to dalej pragnąłem się uczyć. I tak, skończyłem Computer Numeric Control i Computer Aid Design. To też mi nie wystarczyło, szedłem dalej i zdobyłem „Advance Certificate as Toolmaker”. Do szkoły mógłbym chodzić przez całe życie, gdyż jest to miejsce, w którym wchodzi się w inne środowisko. I tu dochodzimy do Dragon Boat.

M.Sz. W Polsce uprawiałeś pływanie i kulturystykę, w Australii coś zupełnie odmiennego, czyli Dragon Boat, co w tłumaczeniu znaczy „smocza łódź”. Co tym zadecydowało?
M.K. Zwykły przypadek. Otóż nauczyciel z Collage, Bary Renshow, zaproponował mi przyjście na trening Dragon Boat. Nie odmówiłem, spodobała mi się ta dyscyplina, wciągnęła mnie fantastyczna grupa ludzi i tak to się toczy od 19 lat.
M.Sz. Lista sukcesów, jakie osiągnąłeś w Dragon Boat jest bardzo długa, przysłowiową wisienką na torcie są te ostatnie w Kanadzie.
M.K. Rzeczywiście, sukcesów jest bardzo dużo, począwszy od mistrzostwa stanu Południowa Australia po mistrza Australii. Dragon Boat to rodzaj wioślarstwa, uprawianego na tak zwanych „smoczych łodziach”. Jest to sport drużynowy w obsadzie 10 lub 20-osobowej. Zawody są rozgrywane w kategoriach mieszanej Mix i Open. I oczywiście wiekowych: Junior, Premier do 40 lat, Master od 40 do 50, Grand Master 50-60, Senior C, powyżej 60. Dwukrotnie reprezentowałem Australię, w roku 2011 na Mistrzostwach Świata na Florydzie i teraz w Canada 2015. Pierwszy raz nie zdobyliśmy medalu, startowałem wówczas w kategorii Grand Master. Wywalczone przez nas czwarte miejsce jest najgorsze dla sportowca W tym roku, w Kanadzie zdobyłem już trzy medale . Wiesz, nie mogłem uwierzyć, że stoję na podium Mistrzostw Świata. A tu wołają mnie i szukają, gdzie jest Marcel, bo za 5 minut rozpoczęcie ceremonii wręczenia medali. To ogromne przeżycie. Medal nie przyszedł jednak łatwo, poprzedziło go 18 miesięcy ciężkich przygotowań. My kraśniczanie mamy jednak charakter.

M.Sz. Będąc w Kanadzie spotkałeś kilku kraśniczan. Jak wyglądają takie spotkania po latach, na obczyźnie?
M.K. Na zawodach w Kandzie spotkałem się ze Zbyszkiem Bownikiem i Andrzejem Kulą. Było dość ciekawe. Twierdzili, że nic się nie zmieniłem i nawet wyglądam lepiej, jak w latach 70. Wtedy byłem jednak szczupły, teraz jest ze mnie mały byczek . Według mnie oni też się nie zmienili, są ciągle uśmiechnięci, z poczuciem humoru. Tak samo Jacek Bąk i jego żona Małgosia, z którymi też spotkałem się w USA. Ich serdeczność jest nie do opisania. Gosia Bąk dzwoniła i pytała czy zjadłem śniadanie i czy zrobiłem sobie kawę. Jest w tym coś osobliwego, mianowicie poczucie wspólnoty. Jesteśmy z tego samego małego miasta – Kraśnika Fabrycznego. Wychowaliśmy się na tym samym basenie, łączy nas to samo kino, jedna rurka, jedne stawy, jedna łąka, jeden las dookoła miasta i to daje nam poczucie wielkiej więzi.

M.Sz. Jesteś kojarzony z kraśnicką subkulturą lat siedemdziesiątych, z tak zwaną „Bandą Okoni”. Jak po latach oceniasz tamten okres i bunt przeciwko peerelowskiej rzeczywistości?
M.K. Z pełną odpowiedzialnością za słowa powiem tak, każdy kogo zapytam mówi, że to były piękne, młodzieńcze, pełne fantazji lata. Towarzyszyły nam niewinne uczucia, szacunek dla znajomych i przyjaciół, dbanie o dobro wspólne, nie było rozbojów (choć zdarzały się wyjątki ).

M.Sz. Jak potoczyły się losy członków waszej grupy?
M.K. Co do członków tak zwanej „Bandy Okoni”, ich losy potoczyły się różnie. Tadek mieszka w Kraśniku. Rysiek „Gunia” zdaje się w Niemczech, tam też mieszka Krzysiek „Okoń”. Wojtek „Somek” jest w Australii w Adelaide – Lobertown, Jurek „Tolek” oraz Włodek „Hake” są w USA. Z Wojtkiem mogę mieć kontakt, ale ze względu na sprawy religijne są bardzo rzadkie. Nie wszyscy z tamtej grupy są wśród żyjących. Czy wszyscy odnoszą takie same sukcesy jak ja, tego nie wiem.
Dziękuję za rozmowę

Marcel

Od lewej: Andrzej Kula, Marcel Kućmierz i Zbigniew Bownik.

Reklamy