Na stronie miasta ukazuje się historia Kraśnika, którą spisuję na zlecenie urzędu miasta. Historia jest prezentowana w formie krótkich opisów dziejów instytucji, przedsiębiorstw, klubów sportowych czy konkretnej dyscypliny sportu.

Do października ukaże się ok. 170 wpisów. Przygotowuję materiały na około 60-70 kolejnych licząc, że na jeszcze jeden rok zostanie ze mną przedłużona umowa-zlecenie.

Forma prezentacji historii spotyka się z aprobatą kraśniczan. Co ważne, moje opracowania czyta wiele osób mieszkających poza Kraśnikiem, w tym także poza granicami naszego kraju.

Uzupełnieniem pisanej przeze mnie historii są zamieszczane na blogu zdjęcia, pod którymi kraśniczanie często wpisują swoje komentarze.

W tym miejscu pragnę podziękować tym, którzy przekazują mi zdjęcia do publikacji. W rodzinnych archiwach jest zapewne wiele ciekawych zdjęć, stąd gorąca prośba o kontakt i umożliwienie ich wykorzystania.

Poniżej zamieszczam obszerny fragment listu, który otrzymałem od osoby śledzącej moją pracę. List jest interesujący, gdyż poza aprobatą dla moich działań przybliża atmosferę naszego miasta sprzed pół wieku.

Serdecznie witam i takoż pozdrawiam!

Otóż chciałem serdecznie podziękować za Twoje pisanie o „tamtym” Kraśniku!

Kocham Twoją Twórczość – bynajmniej nie „radosną”…

Dla mnie sentymentalną…

Miałem swój „kraśnicki czas”, gdy „na Fabrycznym” przyszło mi znaleźć azyl, w mojej ucieczce od perspektywy dalszego pasania krówek w zakrzowieckiej gminie.

Były to lata 1960-63. Prehistoria, a pamiętna mi do końca moich dni! Twoje opisy wydarzeń „tamtego” sportu, są dla mnie jak miód na moje serce. Bywałem później i tu i tam – coś tam widziałem, coś przeżyłem, jednak zawsze z ogromnym sentymentem wracam do tamtego czasu, gdzie „obcy” ludzie w internacie przy ówczesnej ulicy Dzierżyńskiego kształtowali życiowe plany i charaktery bez mała pół-tysięcznej armii dzieci, przeobrażającej się w młodzież i przyszłą klasę robotniczą i inteligencję techniczną. Ci „obcy”, a tak serdecznie po latach wspominani ludzie, to między innymi: p .p. Piwiński, Święcka, Tota, Barcikowski, Kuraczykowa, Grzesiukowie, Lipnicka, Rochoń, Chudyka, a nade wszystko Dyrektor Gołoburda vel Gronowski i wielu, wielu innych. To pod okiem ciekawej dość postaci trenera Leona Biernackiego pobierałem pierwsze nauki piłkarskiego – rzemiosła – to za dużo powiedziane. Ale „coś tam, coś tam”. Jak każdy młody chłopiec wtedy chciałem grać jak Puskas i Di Stefano, Pol lub Brychczy. Ale na wyciągnięcie ręki mieliśmy swoich idoli: St. Pawłowski przed wszystkimi, ale i Łysanowic, Walczak, Krajewski, Błaszkiewicz, Maziarczyk później Maniuś Kozerski. To już był kawał pięknego sportu. Pamiętam opisywane przez Ciebie pucharowe boje Stali z Szombierkami, Odrą Opole czy Śląskiem Wrocław bez Lenczyka wprawdzie, ale ze stoperem Wł. Żmudą. Albo te niezliczone potyczki o wejście do II ligi. Albo „tamta” siatkówka.”Niech żyje trener Krupka i jego grupka.” I te wtorkowe wtedy polowanie na krakowskie „Tempo” w kiosku koło Domu Kultury. Co tam redaktor Marian Fijołek napisał o naszych lubelskich dream-teamach ówczesnych. Co tu dużo mówić – żyło się życiem Osiedla, tak sportowym jak i zwykłym, codziennym i kulturalnym. Pamiętam głośny proces o zabójstwo koło Smolucha. Transmitowany przez „gary” z Domu Kultury wzbudzał wielkie zainteresowanie. Nie chcąc zanudzać – pozdrawiam serdecznie Drogi Mirosławie. Rób swoje!!! Twoja Robota nie trafia w próżnię!!!

Życzę Ci Zdrowia i Wszelkiego Dobra!!!

Zygmunt

PS. Któż „wtedy” mógł przewidzieć, że w Stali grać będą piłkarze z takiej Brazylii?

Mawiało się co prawda na niektórych „Pele”, ale to na wyjątkowych nieudaczników. Pozdrawiam.!!!

Reklamy